Niewiele ocalało po fabryce Ursus. Na szczęście stoi jeszcze stara odlewnia żeliwa. W jej murach miało miejsce pewne tajemnicze wydarzenie. Bohaterami historii są dwie osoby: Kazimierz Gierdziejewski – dyrektor Fabryki Metalurgicznej i Jan Czochralski – genialny wynalazca, skazany przez wiele lat na zapomnienie, dziś porównywany do Mikołaja Kopernika.

O wydarzeniu opowiadał mi wiele lat temu pan Ewaryst Kucharski – mieszkaniec Czechowic od początku lat trzydziestych XX wieku do śmierci na początku XXI wieku. Pasjonowało go lotnictwo. Zajmował się katastrofami lotniczymi, znanymi mu z autopsji, do których doszło na terenie osiedla. Zapamiętał katastrofę „Łosia” na pograniczu Czechowic i Michałowic w 1938 roku, a także katastrofę innego „Łosia” w marcu 1939 roku przy dzisiejszej ulicy Prawniczej. Najbardziej interesowało go wydarzenie z 27 października 1945 roku, gdy na polu kapusty (przy dzisiejszej ul. Drzymały, blisko stadionu RKS Ursus) wylądował amerykański samolot dwusilnikowy „Dakota”. Według oficjalnej wersji samolot miał dostarczyć dary UNRRA dla mieszkańców podstołecznych miejscowości. Zabrakło mu benzyny i awaryjnie lądował w polu. Do rana amerykański samolot rozładowano i maszyna odleciała na zachód, omijając Okęcie.

Co działo się jeszcze między wieczorem 27 października a rankiem 28 października oficjalnie nie wiadomo. Prawdopodobnie właśnie wtedy wyniesiono z fabryki metalową sztabę, która przez kilka lat okupacji niemieckiej była zamurowana w murze odlewni żeliwa i dostarczono ją do samolotu. Twórcą metalu, który – jak uważano – miał zadecydować o losach wojny był Jan Czochralski. Urodził się w 1885 roku w Kcyni, a więc w zaborze pruskim. Jeszcze przed I wojną światową robił znaczną karierę w Niemczech specjalizując się w badaniu struktury metali. W 1928 roku na zaproszenie prezydenta Ignacego Mościskiego osiedlił się w Polsce. Został profesorem na Politechnice Warszawskiej. Badania laboratoryjne, jakich dokonywał na politechnice, wymagały praktycznego potwierdzenia.

Stąd jego znajomość z Kazimierzem Gierdziejewskim. Badania z odkrytym dopiero co stopem prowadzono jeszcze po wybuchu II wojny światowej. Gdy wojska niemieckie zbliżały się we wrześniu 1939 roku do Warszawy, sztabę zamurowano w ścianie odlewni żeliwa.
Smutne były losy obu panów po wojnie. Kazimierz Gierdziejewski musiał przenieść się do Krakowa, gdzie był jakiś czas dyrektorem Instytutu Odlewnictwa. Pracował też w odlewni w Węgierskiej Górce. Rehabilitowano go po polskim październiku 1956 roku. Niestety, w lipcu 1957 roku zmarł. Wielkimi szykanami objęto Jana Czochralskiego. Nazywano go niemieckim agentem. Zmarł w 1953 roku po ataku serca spowodowanego rewizją dokonaną przez pracowników urzędu bezpieczeństwa w jego domu w Kcyni.




